Trafiłem ostatnio na kilka blogów i postów na forach popełnionych przez domorosłych hakierów, którzy, w zależności od wyznawanej filozofii utrzymywali, że “jednynym prawdziwym linuksem” jest Slackware/Gentoo/Arch a tzw. łatwe dystrybucje są papką dla ciemnego ludu, bo… są za proste w obsłudze. Równocześnie te same osoby zachwycały się MacOS X. Rozdwojenie jaźni?
Żeby było jasne – jeśli ktoś lubi dłubać w samym systemie i ma na to czas to w porządku, ale nie ma to nic wspólnego z inteligencją (z wiedzą czasami, ale nie każdemu jesto ona potrzebna) a lansowanie się na forach jakim to jest się pr0, bo konfiguruje się wszystko z palca (swoją drogą od kiedy w Ubuntu/SuSE/Fedorze tak niby nie można?) przypomina zabawy w piaskownicy.
Ostatnio nie cierpię na nadmiar czasu i nie mam ochoty bawić się z każdym dorbiazgiem, więc ustwiam co potrzebuję, konfiguruję system RAZ według potrzeb i oczekiwań a rozsądna wstępna konfiguracja (w moim przypadku najbliżej moim oczekiwaniom domyślnie jest Ubuntu) skraca potrzebny na to czas, który mogę przeznaczyć choćby na poznanie GIMPa czy innego fajnego softu, a niekoniecznie samego systemu w zakresie wykraczającym poza moje realne potrzeby.
Aha… Mógłby mi ktoś wytłumaczyć skąd u “hardkorowców” ta fascynacja OSX, który wg. działu marketingu Apple potrafi obsłużyć raczkujący bobas?